Z Białorusi do Łomży – rozmowa z Władysławem Jurkowcem

Z Białorusi do Łomży  – rozmowa z Władysławem Jurkowcem

Bywają drogi zawodowe liczone w latach studiów i kolejnych stopniach specjalizacji. Droga Władysława Jurkowca liczy się inaczej — w nocach nad podręcznikiem obcego języka, w stosie dokumentów, które trzeba było złożyć, zanim w ogóle wolno mu było powiedzieć pacjentowi „dzień dobry” po polsku. Dziś doktor Władysław Jurkowiec przyjmuje pacjentów w Łomżyńskim Centrum Medycznym, gdzie rozpoczął rezydenturę i specjalizację z medycyny rodzinnej.

Jak to się stało, że trafił pan do Łomży aż z Mińska na Białorusi?

Wszystko zaczęło się od innych okoliczności, nie od medycyny. W 2020 roku wziąłem udział w wydarzeniach — tych samych, które obiegły wtedy cały świat. Konsekwencje przyszły dwa lata później: trudne doświadczenia, nie miałem już wątpliwości, co dalej. Zacząłem uczyć się polskiego, bo wiedziałem, że chcę rozwijać się zawodowo w Polsce. Rok później, gdy wszystkie dokumenty były już gotowe, spakowałem się i przeprowadziłem się z żoną do Polski. Zacząłem pracować natychmiast na warunkowym prawie wykonywania zawodu — bez pełnych uprawnień, ale z pełnym zaangażowaniem.

Dlaczego akurat Łomża?

Trafiłem tu niemal przypadkiem, choć w medycynie przypadki rzadko bywają czystym przypadkiem. Znajomy pomógł mi znaleźć miejsce w łomżyńskim szpitalu, które odpowiadało mojej specjalizacji. Na Białorusi przez sześć lat pracowałem jako pediatra, ale też i jako anestezjolog; oddział intensywnej terapii, ciągła presja, decyzje liczone w sekundach. To doświadczenie, które człowieka albo łamie, albo hartuje na resztę zawodowego życia.

W jaki sposób trafił pan do Łomżyńskiego Centrum Medycznego?

Szukałem czegoś więcej niż tylko samego etatu. Chciałem pracować w miejscu, w którym poczuję, że warto zostać na dłużej — z dobrymi warunkami, ale przede wszystkim z ludźmi, z którymi da się pracować, a nie tylko obok siebie funkcjonować. W Łomżyńskim Centrum Medycznym poczułem to od razu, i to zdecydowało.

Był pan na ostatnim Pikniku Rodzinnym ŁCM. Jak podobała się panu atmosfera?

Zaskoczyła mnie, w dobrym sensie. Spodziewałem się typowej firmowej integracji — kilka przemówień, wspólne zdjęcie, powrót do domu. Zamiast tego zobaczyłem coś, co bardziej przypominało wielkie rodzinne spotkanie niż wydarzenie korporacyjne. Ludzie śmiali się naprawdę, nie z obowiązku. Poczułem, że trafiłem w dobre miejsce – do rodziny, i z tego bardzo się cieszę. Moja prawdziwa rodzina została niestety daleko stąd.

Mówi pan bardzo dobrze po polsku, choć słychać wschodnią melodię języka. Pacjenci pytają, skąd pan pochodzi?

Pytają, i wcale się nie dziwię. Polacy lubią, kiedy ktoś obcy stara się mówić w ich języku, a jednocześnie są ciekawi, skąd ten ktoś przyjechał. Nigdy nie ukrywałem, że jestem z Białorusi — mówię to wprost, bez wahania. Choć są też tacy pacjenci, dla których to zupełnie nieistotne. Przychodzą chorzy, zestresowani objawami, i liczy się dla nich tylko jedno: żeby lekarz postawił trafną diagnozę. Pochodzenie schodzi wtedy na dalszy plan. I słusznie.

Jak wspomina pan pierwsze miesiące pracy w Łomży?

To był jeden z najtrudniejszych okresów w moim życiu. Do nauki języków nie mam żadnego talentu — musiałem uczyć się metodą najbardziej mozolną z możliwych: dyktanda, powtórki, wieczory nad zeszytem, kiedy inni już dawno spali. Moja żona Nastia, z zawodu neurolog, opanowała język polski znacznie szybciej niż ja, i patrzenie na jej postępy było jednocześnie motywujące i frustrujące. Do tego dochodziły egzaminy: z języka, z nostryfikacji dyplomu, ze specjalizacji oraz góra dokumentów, przez które trzeba było przebrnąć krok po kroku. Emigracja to nie jest przeprowadzka. To rozbiórka całego dotychczasowego życia i budowanie go od nowa, kawałek po kawałku,
w języku, którego się jeszcze nie zna. Naprawdę zrozumie to tylko ten, kto sam przez to przeszedł.

Pamięta pan swojego pierwszego pacjenta w Polsce?

Pamiętam, że to był ciężki przypadek na oddziale intensywnej terapii w łomżyńskim szpitalu — pacjent podłączony do respiratora, walczący o każdy oddech. Chciałbym powiedzieć, że zapamiętałem każdy szczegół, ale prawda jest inna: pacjentów, zwłaszcza w pierwszych miesiącach, było tylu, że twarze i historie zaczęły się ze sobą zlewać. To zawód, w którym pamięć czasem musi ustąpić miejsca kolejnemu dyżurowi.

Wiedza wyniesiona z białoruskiej uczelni przydaje się w Polsce?

Zdecydowanie tak, choć różnice bywają zaskakujące, czasem wręcz absurdalne. Weźmy proste przykłady leków. Ibuprofen rozumie lekarz w Warszawie, w Sztokholmie i w Mińsku — to nazwa międzynarodowa, uniwersalny język medycyny. W Polsce jednak, jeśli wpiszę „ibuprofen” do systemu przy wypisywaniu recepty, nic mi się nie wyświetli. Muszę wpisać nazwę handlową, na przykład Ibuprom. Podobnie z nazwami jednostek chorobowych — to, co w większości krajów świata nazywa się po prostu zespołem objawów, w Polsce ma swoją tradycyjną, często łacińską lub potoczną nazwę. Łokieć tenisisty to najlepszy przykład po angielsku tennis elbow, łacińska nazwa tego schorzenia to epicondylitis lateralis (zapalenie nadkłykcia bocznego kości ramiennej), a tutaj trzeba znać tę jedną, specyficznie polską nazwę.

Zauważa pan różnice między pacjentami w Polsce i na Białorusi?

Jedną, uderzającą. Starsi ludzie na Białorusi wyglądają dużo starzej, niż wskazywałby ich metrykalny wiek — to widać na pierwszy rzut oka, bez żadnych badań. Życie tam po prostu bardziej się na twarzach odciska. W kwestii samych rozpoznań, przebiegu chorób, objawów — różnicy nie ma. Medycyna, na szczęście, jest wszędzie tą samą nauką.

Jaki przypadek zapadł panu najbardziej w pamięć?

Dziecko, które udało się uratować na łomżyńskim OIOM‑ie. Trafiło do nas w stanie krytycznym, dosłownie między życiem a śmiercią, i po wykonaniu podstawowych zabiegów musieliśmy natychmiast przekazać je do Białegostoku, do ośrodka z odpowiednim zapleczem pediatrycznym. Więcej szczegółów nie mogę podać — obowiązuje mnie tajemnica lekarska, i traktuję ją bardzo poważnie. Powiem tylko tyle: są momenty w tym zawodzie, które zostają z człowiekiem na zawsze, niezależnie od tego, ilu innych pacjentów później spotka.

Z jakimi objawami pacjenci zgłaszają się do lekarza zbyt późno?

Przede wszystkim z problemami układu sercowo‑naczyniowego i zatorowością — a to obszar, w którym czas naprawdę bywa wszystkim. Zamiast zgłosić się od razu, ludzie sięgają po tabletki przeciwbólowe, tłumacząc sobie, że to na pewno coś błahego, że samo przejdzie. Objawy na chwilę cichną, złudne poczucie ulgi usypia czujność, a choroba w tym czasie robi swoje. Kiedy w końcu trafiają do lekarza, bywa już naprawdę poważnie.

Jak pana decyzję o wyjeździe przyjęła rodzina?

Ze strony żony rodzina jest liczna, i początkowo obawy były spore — nikt nie lubi, kiedy bliska osoba wyjeżdża daleko, zwłaszcza kiedy zaczyna życie w nowym kraju. Z czasem wszyscy zobaczyli, że była to przemyślana decyzja i że w Polsce udało mi się zbudować nowe życie. Dziś moja mama i teściowie odwiedzają nas regularnie, i te wizyty są dla mnie ważniejsze, niż mógłbym to wyrazić słowami.

Jak podoba się panu Łomża?

Bardzo. Małe miasto, ale z zaskakująco dużym wyborem restauracji i miejsc do spaceru. Lubię przejść się nad Narwią, po parku kiedy tylko czas pozwala. Blisko stąd na Mazury, niedaleko do Warszawy — dla kogoś, kto zaczyna wszystko od nowa, taka bliskość różnych kierunków daje poczucie, że świat się nie zamknął, tylko przesunął. Na razie planuję zostać tu przynajmniej kilka lat, a co dalej to czas pokaże.

Jakie ma pan zawodowe marzenia?

Pracuję jako lekarz od prawie dziesięciu lat, i wciąż czuję, że nauka się nie kończy — i chyba nigdy się nie skończy. Chciałbym zdobyć jeszcze dwie, może trzy kolejne specjalizacje. Szczególnie interesuje mnie anestezjologia i radiologia. Łomżyńskie Centrum Medyczne dysponuje bardzo nowoczesnym aparatem, i mam ambicję zrobić odpowiedni kurs, żeby w pełni wykorzystać jego możliwości. To był zresztą jeden z powodów, dla których zdecydowałem się podjąć tutaj pracę.

Co chciałby pan powiedzieć swoim przyszłym pacjentom?

Żeby nie bali się i nie wstydzili zgłaszać dolegliwości, nawet tych, które wydają się błahe. To jedno zdanie, ale mieści się w nim najważniejsza prawda mojego zawodu, że choroba rzadko czeka, aż człowiek zbierze się na odwagę. Widziałem to już wielokrotnie, po obu stronach granicy: ludzie, którzy zwlekali, tłumacząc sobie, że to nic poważnego, że samo przejdzie, że lekarz ma ważniejsze sprawy na głowie. A przecież nie ma objawu zbyt małego, żeby o nim nie powiedzieć, i nie ma pytania zbyt wstydliwego, żeby je przemilczeć. Ja sam nauczyłem się w życiu, że najgorsze decyzje to te odkładane na później. I to samo chciałbym przekazać moim pacjentom, że wcześniejsza rozmowa z lekarzem to często najprostszy sposób, żeby uniknąć tej trudniejszej, którą trzeba odbyć zbyt późno.

rozmawiał Krzysztof Kurianiuk