Rozmowa z mgr Łukaszem Mazurem, pielęgniarzem w Łomżyńskim Centrum Medycznym
Kiedy spotykam się z Panem Łukaszem Mazurem, w przerwie między jego wyjazdami do pacjentów, od razu uderza mnie spokój i życzliwość, jakimi emanuje ten młody mężczyzna. W zawodzie zdominowanym przez kobiety wybrał drogę, która wymaga nie tylko wiedzy medycznej, ale przede wszystkim – jak sam podkreśli w naszej rozmowie – cierpliwości i prawdziwego pragnienia pomagania innym.
Jak dziś pacjenci reagują na mężczyznę pielęgniarza? Czy mówią do pana „bracie”, bo chyba nie „siostro”?
Najczęściej pacjenci mylą mnie z lekarzem – to ciekawy paradoks naszych czasów. Muszę więc delikatnie wyjaśniać, kim jestem. „Jestem pielęgniarzem” – te słowa wypowiadam z dumą, bo wiem, jaką wartość niesie ten zawód. Nie jestem „bratem”, ani tym bardziej „siostrą” – jestem po prostu pielęgniarzem, kimś, kto łączy wiedzę medyczną z prawdziwą troską o drugiego człowieka.
Skąd pomysł na ten zawód? To wciąż nie jest typowa ścieżka zawodowa dla młodego mężczyzny…
Mężczyźni coraz częściej wybierają pielęgniarstwo – na moim roku studiowało szesnastu mężczyzn i sześćdziesiąt kobiet. To już nie margines, lecz widoczna zmiana pokoleniowa. Wszyscy moi koledzy z roku pracują w zawodzie, co świadczy o tym, że to był świadomy wybór, nie przypadek.
W moim przypadku natomiast drogowskaz stanowiła mama – jest pielęgniarką. Widziałem od dziecka, na czym polega ta praca, ile w niej prawdziwego zaangażowania, ile ludzkiej wrażliwości. Chociaż najpierw ukończyłem technikum elektryczne i przez chwilę nosiłem w sobie obraz innej przyszłości, szybko zrozumiałem, że moje miejsce jest gdzie indziej. Nie w świecie przewodów i obwodów elektrycznych, ale tam, gdzie potrzebna jest empatia i umiejętność towarzyszenia człowiekowi w najtrudniejszych momentach jego życia.
Ta decyzja o zmianie ścieżki zawodowej musiała być trudna…
Każdy z nas szuka swojego miejsca w świecie. Ja po prostu wiedziałem, że medycyna to jest ta przestrzeń, w której spotykają się nauka i człowieczeństwo – to mój świat. Może to brzmi górnolotnie, ale bycie pielęgniarzem to nie tylko zawód. To sposób patrzenia na drugiego
człowieka, sposób rozumienia, czym jest godność w chorobie i cierpieniu.
Pracował Pan wcześniej w Ostrołęce, teraz trafił do Łomżyńskiego Centrum Medycznego. Co zadecydowało o tej zmianie?
Decyzja była bardzo pragmatyczna – mieszkam w Łomży. Te codzienne dojazdy do Ostrołęki, zmęczenie drogą, czas utracony… W pewnym momencie zrozumiałem, że życie to nie tylko praca, to także rodzina, dom, możliwość bycia blisko. Zwłaszcza teraz, gdy mam małą córeczkę Marysię, która ma półtora roczku. Każda godzina spędzona w domu ma nieocenioną wartość.
Jak układa się Panu praca w Centrum? Do pacjentów jeździ pan karetką …
Jestem pielęgniarzem i praca z pacjentami poza przychodnią to ciekawa odmiana. Wcześniej pracowałem sam – teraz jestem częścią większego zespołu, ludzi, którzy dzielą tę samą pasję i zaangażowanie. Poznałem tu wiele wspaniałych osób, z którymi możemy wymieniać się doświadczeniami, wspierać się wzajemnie. A to, że jeżdżę do pacjentów karetką – to jedna z najbardziej satysfakcjonujących rzeczy w mojej pracy. Wchodzę do ich domów, ich najbardziej prywatnej przestrzeni. Widzę, jak żyją, czego naprawdę potrzebują. To nie jest sterylny szpitalny oddział – to życie w jego najprawdziwszej postaci.
Jak przyjmują Pana pacjenci?
Przeważnie witają mnie z uśmiechem. Oczywiście, bywa, że pytają: „pan lekarz?”. Wtedy wyjaśniam ze spokojem i widzę w ich oczach ulgę – przyszedł ktoś, kto pomoże, kto zajmie się z troską. Czy to kobieta, czy mężczyzna: pielęgniarka czy pielęgniarz – w gruncie rzeczy chodzi o to, żeby być dobrym, żeby widzieć w chorym nie „przypadek”, ale drugiego człowieka z jego lękami, nadziejami, historią życia.
Jakie są pańskie zadania jako pielęgniarz?
Przeważnie zajmuję się pobieraniem krwi, zmianą opatrunków, wymianą cewników. Obserwuję stan zdrowia pacjenta,
prowadzę dokumentację. Większość moich podopiecznych to osoby starsze, często leżące, które mają trudności w poruszaniu się. To ludzie, dla których wizyta pielęgniarza jest często jedynym kontaktem ze światem zewnętrznym w ciągu dnia.
Dlatego to, co robię, wykracza daleko poza same czynności medyczne. To jest także – a może przede wszystkim – bycie przy drugim człowieku. Słuchanie. Czasem wystarczy, że ktoś opowie o swoim życiu, o tym, co go boli nie tylko fizycznie, ale i duchowo. Oczywiście, czas jest ograniczony – mam wyznaczone godziny na wizyty, harmonogram, ale w tych kilkunastu, kilkudziesięciu minutach, które spędzam z pacjentem, staram się być w pełni obecny. To może niewiele, ale dla samotnego człowieka – to wszystko.
Widać, że naprawdę lubi pan pomagać ludziom…
Bardzo lubię. Chyba właśnie dlatego zostałem pielęgniarzem. Pomaganie – to takie proste słowo, a niesie w sobie całe uniwersum znaczeń. Bo czym właściwie jest pomaganie? To nie tylko podanie leku czy zmiana opatrunku. To bycie świadkiem cudzego cierpienia i pozostanie przy tym człowieku mimo wszystko. To dostrzeżenie godności tam, gdzie choroba chciałaby ją zabrać.
Skąd w panu ta cierpliwość? To rzadka cecha…
Jestem bardzo cierpliwy, żona mi to często mówi, że trudno mnie wyprowadzić z równowagi. Może to kwestia charakteru, może wychowania, a może przekonania, że każdy człowiek zasługuje na szacunek i czas. Praca z ludźmi – i to z ludźmi chorymi, często cierpiącymi – wymaga takiej wewnętrznej stabilności. Nie możesz pokazać zmęczenia, frustracji, pośpiechu. Pacjent musi czuć, że jesteś po to, żeby mu pomóc, nie żeby go „załatwić”.
Jak żona przyjmuje pański zawód? Zwłaszcza teraz, gdy macie małą córeczkę?
Żona teraz opiekuje się Marysią – naszym skarbem, półtorarocznym maluszkiem. Jest logistykiem z zawodu, ale obecnie jej największym projektem logistycznym jest organizacja życia naszej małej rodziny. Ja pracuję, bo ktoś musi utrzymać rodzinę – mamy kredyt, wiadomo, jak to jest w dzisiejszych czasach. Bez kredytu nie ma mieszkania, więc trzeba pracować, ale kiedy wracam do domu, staram się przejąć obowiązki przy Marysi, żeby żona mogła odpocząć. Dzielimy się wszystkim – i radościami, i obowiązkami. To nasza mała wspólnota, w której każdy jest dla drugiego. Może to zabrzmi patetycznie, ale ja przynoszę do domu to samo, co staram się nieść pacjentom – cierpliwość, życzliwość, gotowość do pomocy.
Kiedyś mówiono o pielęgniarstwie jako o słabo płatnym zawodzie. Czy to się zmieniło?
Zmieniło się bardzo dużo. Status pielęgniarki i pielęgniarza jest dziś zupełnie inny niż jeszcze kilkanaście lat temu. Zarobki są całkiem przyzwoite, a możliwości rozwoju – ogromne. Można robić różne specjalizacje. To już nie jest zawód bez perspektyw, wręcz przeciwnie – to profesja, która daje szansę na prawdziwy rozwój i satysfakcję zawodową.
Pan też się rozwija? Ma pan już przecież tytuł magistra…
Tak, w tym roku skończyłem studia magisterskie, ale to nie koniec – planuję specjalizację. Może anestezjologia, choć rozumiem, że w Łomżyńskim Centrum Medycznym może być to mniej przydatne. Można mieć kilka specjalizacji, więc myślę też o czymś bardziej związanym z moją obecną pracą – może pielęgniarstwo rodzinne albo środowiskowe. To jest przyszłość – pielęgniarstwo środowiskowe.
Ludzie chcą być leczeni w domach, wśród swoich rzeczy, w znanych przestrzeniach. I my możemy im to zapewnić.
Zbliżają się święta. Jak Pana rodzina będzie świętować Boże Narodzenie?
Planujemy wyjechać do rodziny – jestem z Ciechanowa, więc na Wigilię pojedziemy do moich rodziców. Potem spędzimy czas z rodziną żony. To będą tradycyjne, rodzinne święta. A jeśli chodzi o potrawy; teściowa i mama gotują najlepiej, więc będziemy kosztować ich przysmaki. Moją ulubiona potrawą są pierogi z kapustą, a w drugi dzień świąt – sałatka warzywna i mielony. To mi w zupełności wystarczy do szczęścia.
Ma pan swoją dewizę zawodową?
Cierpliwość. To moje motto. Praca z ludźmi jest chyba najtrudniejsza praca, jaka może być. Pacjenci bywają wymagający – zdarza się, jak wszędzie, ale ja wiem, że każdy z nich to ktoś, kto cierpi, kto potrzebuje pomocy. I jeśli ja mogę tę pomoc dać – jeśli mogę sprawić, że ktoś
poczuje się lepiej, bezpieczniej, mniej samotny – to wiem, że robię coś naprawdę ważnego. Być pielęgniarzem to nie tylko wykonywać czynności medyczne. To przede wszystkim być dobrym. To widzieć w drugim człowieku nie obowiązek, ale powołanie. To rozumieć, że każda wizyta, każda rozmowa, każdy gest troski – to cząstka większej całości, która nazywa się po prostu człowieczeństwem.
rozmawiał Krzysztof Kurianiuk